walker blog

Twój nowy blog

o kurwa, ja pierdole. Inaczej się nie da zacząć. Nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz tu pisałem ale to i tak niema znaczenia. Ostatnie dwa lata spędzam pod dyktando i wlazłem pod pantofel nawet nie wiem którędy i jak. Nożeszkurwajapierdole. Zaczęło się od… nieważne od czego, dałem się wciągnąć jak mały Kaziu. A potem już minimum nagle zaczęło oznaczac norme. Dobra, niktnie wie o czym piszę tylko ja. Tłumaczyć czy nie, oto jest pytanie.

Dobra. Nie tłumaczę. Z początkiem roku wyznaczyłem sobie dwa, a właściwie trzy cele. Maraton, konkurs, totalna zmiana źródła dochodu. Nie minęły dwa miesiące a już okazało się, że maraton w dupę mogę włożyć, konkurs podobnie, a dochód pojawił się z zupełnie innej beczki. O, jeżu kolczasty z pięknej strony, bo gdy pracuję jestem w siódmym niebie. Niestety, gdy kończe pracę, pozostaje mi tylko i wyłacznie opieka nad synem. Córa ma już na tyle lat, że daje radę i zabawa z nią jest lajtowa. Synek ma półtora roku, więc przejebane. Pracuję więc w owlnych chwilch, atych mam zajebście mało i reszrtę czasu opeikuję się młodym na zmianę z opieką nad młody i starszą. Nie wiem jak do tego doszło (metoda małych kroczków chyba), ale zapierdalam na byt w wolnych chwilach (drzemki młodego i noc), obrabiam kuchnię i orządek, a resztę czasu poświęcam dzieciarom. Tak się długo nie da. Ma dość jak stąd do kenii. Ale się wjebałem… każdy wyjazd z domu wymaga przeygotowań i spowiedzi, a z klientami od czasu do czasu wypada się spotkać, jeśli ma byc jakiś hajs na żarcie i opłaty.

 

literówki to efektnowego sprzętu z nowej roboty (b2b, nie jestem niewolnikiem, to niemożliwe i nierealne) i dwóch wypitych piw. Padam na pysk, bo wszystko oprócz gotowania jest mojej głowie plus zarabianie na to. Chuj z tym, ale jak z tego wyjde to niewiem. W dodatku jestem typem, który ciężko się przełącza między trybami domowym a roboczym. Gdy już mam te diwie, trzy godziny do pracy, mija sporo czasu zanim gdzieś zadzwonię. Jescze te święta. Robota stoi, wszystko leży, dzieci zmierzłe i tylko czekam na koniec i powrót do kieratu.

Jak do tego doszło?

Była sobie jedna latorosl, firma jakoś szła, bez cudów, ale ok. Potem tragedia rodzinna przy okazji zaawansowanej drugiej ciąży. i Tu się zaczęło sypać brak nowych klientów, efektów i rozwoju. Wszytko szło na przemiał, to znaczy na bieżące wydatki. Potem narodziny młodego, opieka i dalsy spadek.  Ostatnie święta BN to już z rozpędu i na krędyt (raczej debet), po ktorym ciemno rysował się nowy rok. Nagle z nikąd taka szansa plus ożywienie na rynku i w jeden miesiąc półroczne dochody, Ale to nie pociągnie za długo, jesli nie pójdzie za tym realizacja zobowiązań. A z tym kurwa po staremu – zajmij się dziećmi, ja ugotuję obiad. i tyle w zasadzie robi, bo ja robię śniadanie, ogarniam dzieciary, obsługuję zmywarkę, ogarniam dom i kuchnię wieczorem, kładę jedno (na zmianę) dziecko spać, oba kąpię.

Mamy hobby. Ja wymagające kilku godzin (5-8) raz na dw tygodnie, ona podobnie tyle że w dowolnych kawałkach. Ja nie wróciłem do swojego hobby od stycznia, ona ładuje akumulatory regularnie. Niech robi to, dajemy przecież radę, ale mój misterny plan w pizdu… jak krew w piach. Gdzieś popełniłem błąd i teraz zaniego płacę. Ale nowa robota daje mi potencjał, żeby jakoś to naprostować. W pół roku muszę to odkręcić, inaczej będzie znowu chujowo na każdym polu i żadne pincet plus nie pomoże.

Dotrwałem do kolejnego Sylwestra. Słowo „dotrwać” dobrze obrazuje ostatni rok. Ślimaczył się jak przechodzony katar. Dzien po dniu, jak w dniu świstaka, oczekiwanie do wieczora i tak w kółko. Początek roku jeszcze jakoś rokował, ale później już był tylko chaos i pogrążanie w ciemności. Ale człowiek ma niesamowite zdolności przystosowania. Nawet w takim garze bigosu znalazłem kilka pozycji, dzięki którym udało mi się przetrwać. Czego sobie życzę na nowy rok? Żeby był w jakikolwiek sposób lepszy od poprzedniego. Nie chodzi o to, że nie może już być gorzej i jest tak źle, bo nie jest, ale kurwa, mam już zwyczajnie dość. Wielu rzeczy. Wielu ludzi. Ciągłego czekania i trwania, gdy w moim wieku na niektóre rzeczy jest już za późno. Trzeba wykorzystać to, co jest.

Znamienny fakt należy podkreślić, że zapomniałem w tym roku – i ani przez moment nie przeszło mi przez myśl – że na sylwestra kupujemy szampana. Tak, nie kupiłem ,nie mamy, nie ma. Nie wiem, czy kiedyś jeszcze nabiorę ochotę na jakąkolwiek imprezę sylwestrową, być może, gdy dzieci będą bardziej samodzielne i same pójdą na swoje balangi. Na razie nie czuję żadnej ochoty, potrzeby ani tęsknoty za sylwkiem. Nie żałuję też ani minuty z wszystkich imprez, na jakich byłem w młodości. A działo się zacnie. Jedno z drugim się uzupełnia i nie przeszkadza mi fakt witania nowego roku w piżamie.

Wkurwiają mnie za to te fajerwerki. Też  z uwagi na dzieci. I zwierzęta – głównie te dzikie. Straszna wiocha z tymi fajerwerkami, mam nadzieję, że przeminie jak fryzury na czeskiego metala i wiele innych obciachowych rzeczy.

Nowy rok. Na pewno żadnych nowych dzieci, próba przywrócenia porządku do życia w miejsce chaosu, który do niczego nie prowadzi. Dwa duże wyzwania, a może i trzy – egzaminy, konkurs i medal z przebiegniętego biegu. Najlepsze jest to, że ostatnie 3 lata były tak nieprzewidywalne, że trudno cokolwiek zaplanować czy marzyć – pomimo chujowizny, perełki, które się mi przydarzyły przerosły oczekiwania. Wyjazd do Stanów, wyjazd do Londynu, szczęśliwy powrót znad morza, dwa pierwsze egzaminy, i kilka innych perełek. Nie mam odwagi marzyć w takich kategoriach. To były duże rzeczy. Byle do przodu.

Nie było łatwo. Ponad rok bez logowania. Wiele razy myślałem o archiwizacji swojego życia, ale w trybie dość regularnym. Może w końcu.

Ale OK, jestem, żyję. Znowu dzień świstaka, bo mody próbuje chodzić, a raczej wstawać czy też wieszać się po wszystkim co jest wyższe od niego. Wiadro, krzesło, noga od stołu, meblościanka, cokolwiek za co może złapać. Z Pierworodną było podobnie i to najgorszy okres życia. Bez ściemy, uważam, że dopóki nie nauczy się sprawnie chodzić, a po wierceniu się na boki, to najgorszy okres życia rodzica.

No więc, wszystkie plany poszły w pizdu, jest stagnacja na najbliższe… nie wiem, półtora roku? Może trochę mniej. Ale nie zapeszam. Znajomi ze starszymi dziećmi powoli dochodzą do siebie – jakieś kino, siłownia, fryzjer, nawet wygladają na wypoczętych. Jeszcze pamiętają, jak to jest, więc się z nimi dobrze spotkać i pomarudzić. Kariera? Dobre sobie. Lęzy odłogiem. Browar dobry. Jako hobby obrałem sobie nie tylko picie, ale i robienie piwska. Od Lutego zrobiłem ponad 16 warek (ponad, bo kilka było podwójnych), z większości jestem zadowolony. Smakuje dobrze, kopie konkretnie lub wcale – zależnie od zapotrzebowania. Jako odskocznia od roboty i dzieci – ideał. Kilka godzin w kuchni, kilka tygodni na obserwacji drożdży, tydzień oczekiwania i go.

No dobra, co do relacji dnia powszedniego.
Wróciła Pierworodna od teściów. Całe pięć dni półlaby. Jeszcze w tym roku pojedzie. Bedzie czas na robienie piwska, sprzątanie a może i pracę. Chodziać z tym ostatnim to nie wiążę nadziei, bo jest jeszcze młody. Tego to w ostatnich dniach prawie cały czas obrabiałem. Taki lajf.
Pochodziliśmy na spacery, fajnie było, dużo spał, dużo się śmiał i było super. Mogłem słuchać kątem ucha muzyki, od której jestem uzależniony. Kocham muzykę, ale szczególnie jej dostęp w aplikacjach streamingowych. Starocie, nowości, cuda-wianki, wszystko w porządnej jakości po kilku kliknięciach. Tu i teraz.

Śnią mi się hotele i wyjazdy. Ciągle. Od Londynu w zasadzie każdej nocy. Przeważnie jestem sam lub z przypadkowymi ludźmi, ale raczej hotele i podróże. Zupełnie nie mój styl, ale myśl o emigracji – naszej wspólnej b ądź tylko moich dzieci – nie opuszcza mnie od wielu dni.

Zaraz poszukam moich wpisów sprzed piętnastu lat. Kurde, plik .htm a tak trudno go otworzyć. Cóż, lata lecą.
To był wtorek,

Wtorek
22:45

Już miałem iść spać, ALE… dowiedziałem się, że jadę w sobotę w te góry. Pomyślałby kto, że co to za przyjemność jechać z jakimiś e. i z Ojcem na kilka godzin w rodzinne góry. ALE… pojedzie też B. (lider m/) i ONE : Basia i D.. Chyba…. najprawdopodobniej… raczej…. w piątek będę wiedział.

O,żesz. Ja pierdolę. Nie pamiętam za bardzo tego wyjazdu, być może kolejne wpisy coś mi przypomną, ale Basię akurat pamiętam bardzo dobrze. To była miła znajomość. Pisaliśmy listy do siebie. Takie zwykłe, priorytetowe. Znaliśmy się, czasem się widywaliśmy, ale głównie pisaliśmy listy. Nigdy z nią o tym nie rozmawiałem i pewnie nigdy do tego nie dojdzie, ale to było takie fajne. Trochę platoniczne, ale z drugiej strony, nie pasowaliśmy do siebie. To była zwykła znajomość. Ale jakże przyjemna i fajna.

CUD?

Wystarczy malutki kamyczek, aby poruszyć lawinę. Dziś na fejsie Andrzej wspomniał między innymi pielgrzymkę w 1999 roku i to był taki mały kamyczek. czternaście lat archiwizowania swojego życia, z różną częstotliwością, ale początki były dość dobrze zapisane. Mam wrażenie że teraz znowu odczuwam potrzebę wzmożonego archiwizowania swojego życia. Co nowego? Sporo. Naprawdę dużo. Bardzo dużo. Przede wszystkim, córka będzie mieć brata. To dość ważne. Ponadto, na początku roku widziałem kolejny pusty rok, a tu same atrakcje – wizyta w siedzibie ulubionej firmy, kolejna impreza, w końcu na horyzoncie… Stany. Tak, jeden z największych kosmosów i nieosiągalnych myśli, tak odległych, że nawet nie precyzowanych nigdy w słowa. Wyjazd do Stanów. Taki żuczek, a jednak… A do końca roku jeszcze kilka miesięcy. Ostatni miesiąc był najbardziej fascynującym okresem od… sam nie wiem kiedy. Chyba jeszcze tak nie było. To jakby podsumowanie ostatnich dziewięciu lat ciężkiej pracy i zmierzania w nieokreślonym kierunku. Było pięknie. Może być ciekawie.
A co w historii?
„2001-08-01
22:30

Ale dziś było milutko. Namierzyłem sobie ładną meblościankę – ql. A wieczorem byłem u Justyny i.. miła niespodzianka. Dzieło, które chciałem dokonać na początku istnienia tego nocnika (loga, bloga, pamiętnika – wszystko jedno), dokonało się w zasadzie bez mojego udziału. I tak ma być. Nikt mi nie zarzuci, że to z mojej winy, a jest jak chciałem. Przyjedzie w piątek. Edyta milczy……..”

Kolejny rok

Brak komentarzy

Nie wiem, kiedy przeleciał. Fakt, że większość godzin spędziłem na podłodze z Dzieckiem, w wolnych chwilach pracując, ale było chyba troszkę lepiej niż poprzednio. Dziś Sylwester. Szczerze, to życzyłbym sobie, aby tak jak poprzednio – wszyscy odpowiednio wcześnie zasnęli. I spali do rana. Nie wiem tylko, czy ja pierwszy nie padnę, bo takiego zmęczenia, jakie czuję obecnie, nie zaznałem nigdy wcześniej. Jestem wyczerpany do granic. Ostatnią rzeczą, jakiej bym sobie dziś życzył, to impreza. Jakakolwiek. Na szczęście nic z tego nam nie grozi. Oby tylko Dziecko spało do rana, bo to wcale nie jest takie pewne. Jaki był ostatni rok? Nijaki, w miarę spokojny. Miarą roku są Święta i te wypadły nieźle. cdn

W Nowym Roku

Brak komentarzy

Minął ponad miesiąc od ostatniej notki. Trochę mi lepiej, chociaż ogólna koncepcja zbyt się ie zmieniła. Święta spokojne, znalazłem trochę czasu by coś przeczytać, a Nowy Rok witałem przy lampce wina i tv. Sam, bo żona zasnęła podczas karmienia. Powtarzam sobie, że jest o niebo lepiej niż rok temu -wtedy był faktycznie kanał na każdym polu, ale rewelacji nie ma. Zrozumiałem (poraz kolejny), że nawet jeśli czasy się zmieniają, to ludzie niezbyt i ja nie jestem wyjątkiem. Wymusiłem na sobie zmianę warunków pracy i teraz żałuję. Za trzy miesiące wracam na stare śmieci, tam gdzie było najlepiej.

Nie wiedziałem, że Dziecko będzie miało taki na mnie wpływ. Nie zamierzam się z nim rozstawać ani na chwilę, chociaż wcześniej tego nie przewidywałem. Sądziłem, że godziny w pracy i poza domem będą powrotem do „starej” normalności, ale tak nie jest. Świat, który sobie zbudowałem mocno zreorganizowało Dziecko i nagle zrozumiałem, że go udoskonaliło. Nie chcę niczego zmieniać. Nasz świat wypełniony jest Jego śmiechem. To jedyna istota na świecie, która uśmiecha się do mnie bo chce i nic się za tym nie kryje.

Chcę umrzeć

Brak komentarzy

Jestem po trzydziestce, a łapię się na myśli „chcę umrzeć”. Życie przestałomnie przerażać, przyzwyczaiłem się, że raz jest lepiej, raz gorzej, że cudów się nie osiągnie, a w tym wieku to już tym bardziej za późno. Ale tak zwyczajnie myślę sobie „chcę umrzeć”, po prostu. Dziecko i rodzice są moim całym światem, chociaż czasami drażnią, ale to nie stoi na przeszkodzie, by myśleć o końcu. Ciągle ciężko, wciąż mało, co chwilę debet, brak kolacji, ciągła walka i ledwo na styk. Święta tylko potęgują ten stan i myśli. Nic sobie nie zrobię, ale myśl się trzyma mocno. Jest zwyczajna, nie impulsywna, świadoma.

03.11.2002

Brak komentarzy

2002-11-03

Niedziela

21:20

Kończy się jeden z długich weekendów w tym miesiącu. Następny też jest długi. Nie mogę nie wspomnieć o tej Heli, która zajęła mi sporo czasu. Najpierw czat, potem emaile, na dniach Gadu-Gadu… rachunek przyjdzie ogromny. Ciekawe czy wart tego…

Na razie jest całkiem fajna. Ale to tylko słowa, literki, nie ma to jak spotkanie. Jak się poczuje lepiej, to się z nią umówię, chociaż to będzie mnie kosztowało (znowu) sporo nerwów.

Jeśli coś z tego wyjdzie… wybiegam…

Chyba się dziś napiję…. jutro tylko wykład, a i tak miałem iść do Imperium. Kurwa, chciałbym tam zajrzeć tylko z ciekawości. Może za tydzień? Jak GG wypali, to będziemy sobie pogadywać z Helą… byłoby fajnie, w końcu by się rodzice uspokoili. Świat nabrałby barw.

24.10.2001

Brak komentarzy

2001-10-24

Środa

17:20

Siedzę sobie sam i mam trochę spokoju. Nareszcie. Już powoli się przyzwyczaiłem, że nieustannie ktoś jest w domu.

W poniedziałek miałem już lepszy humorek i po zajęciach pojechałem do Agi. WRRRRAUU! Było nieźle. „I dostałem to com chciał” – jak śpiewa Perfect. Wróciłem kompletnie wymęczony, ale na szczęście wtorek był wolny. W końcu była inauguracja otwarcia naszej filii! Aż dziwne, że do tej pory nie pisałem jak jest ciekawie. Na samym początku musieliśmy przekraczać robotników idąc okrężną drogą do budynku, w którym nie było jeszcze foteli dla wykładowców. Nawet ochroniarz śmiesznie wyglądał stojąc w tej pustej „kanciapie”. Z każdym dniem praca posuwała się niesamowicie do przodu. Dziś można już normalnie dojść, jest obszerny parking a wykładowcy mają nowe fotele. Jeszcze nie ma ksera, ale chodzimy 50 metrów dalej na ksero. Właściwie to chodzi Aga, nasza „starościna” w grupie. A grupę mam super – przynajmniej na początku wszyscy trzymają się razem i równo idziemy do przodu. Tak samo nie przepadamy za tą pierwszą grupą, ale myślę, że z czasem się to dotrze.

O dziwno – mój zespół został bardzo ciepło przyjęty i z wyraźnym zainteresowaniem. Nawet płyta, ta ostatnia, wzbudziła zaciekawienie. Na razie ma ją Ewelina, ale już zapowiedziała się Marlena, może Sabina… fajnie. Nie chcę zapeszyć, ale dobrze się czuję tam, gdzie trafiłem. Solą w oku będzie gramatyka, z której jak na razie jestem na minusie i trochę irytujący jest ten chłopek-roztropek z historii. Ale jeśli zdam egzamin, to zniknie mi z oczu po nowym roku.

Zbliża się koniec tygodnia i po głowie zaczyna mi chodzić Basia. Kurde, zachowuję się jak dzieciak. Ale trochę się boję. Dostać kosza od piętnastolatki…??? Byłoby głupio. Tym bardziej, że co do niej nie mam złych intencji.

A resztę olewam….

28.10.2001

Brak komentarzy

2001-10-28

Niedziela

20:45

Nie lubię niedziel. Nie wiem dlaczego. Nudzę się, czekam na początek tygodnia, myślę o dziwnych rzeczach. Brakuje mi w takich chwilach dziewczyny. W ogóle dziś czuję się samotny. Doskwiera mi to. Zawsze lubiłem zaszyć się w domu i cieszyć samotnością, a dziś mi to przeszkadza. Mam ochotę pojechać gdzieś, wypić piwo, polec do łóżka i rano wstać niewyspanym, napić się kawy czy Redbulla i dalej. Niech ten dzień się już skończy…

Do sieci, poczytać, i spać.


  • RSS